1)

Akt stwórczy

Piękno uwydatniało się z każdą Twoją myślą coraz bardziej. Nie miało kształtu ani Postaci. Było czymś w rodzaju Początku, skoncentrowanego na małej przestrzeni Bliskości. Posiadało ogromną energię Tworzenia, rozpierało się uderzając równomiernie w granice Poznania. Nie wzbudzało podejrzeń, Trwało i bogaciło się Twoją Wolą. Nabierało wyrazu i harmonii tworząc rozpiętość Wieczności. Wewnętrznie spójne, doskonałe i bezinteresowne, wytyczało zasięg Bytu i Istnienia. Oczekiwało na Twój Znak i na głos Trąby.

…I powiedział Bóg – niech się Stanie, i odtąd na zawsze już będzie. A ponieważ Bóg widział, że było dobre, owe Piękno Bóg nazwał Miłością. I oddał Bóg Miłości swoje Serce, które ukochało Życie, tętniące Mądrością.

…Na początku, odkąd zaistniała TrójJedność Miłości, Mądrości i Życia, razem i jednocześnie trwały nieprzerywalnie bezład i harmonia, pełnia i pustka, początek i koniec, skończoność i nieskończoność, przyczyna i skutek, inspiracja i koncepcja, utrwalone w pojemności Słowa i Zamysłu Boga.

W przestworzach niebieskich zaświatów Miłość, Mądrość i Życie, trwając w Obecności Boga powzięły Plan Stwarzania.

…Wzbierały horyzonty, naginały sklepienia, a pośród nich jaśniała TrójJedność. Podrygująca Rusałka…pulsujące tętno wszechświata, harmonia bezmiarów - razem na kształt mocy. Pełnia Miłości, pełnia jedności i pełnia następstwa czyniły linie łączące początek z końcem. Dotykały odległych przestrzeni i bezkresów, utrwalając w nich skończoną ilość ruchu. Pajęczyna jedwabistych wielowymiarowości, które przejmowały ciężar czasu mierzonego upływem i ruchem. Koncepcja i inspiracja podtrzymujące płaszczyznę wszechświata przenikały się nawzajem dokonując coraz bardziej skomplikowanych translacji środka w obszary coraz mniej znane, bardziej zewnętrzne - na krawędzie odśrodkowości. Geometria pełni czasu i miejsca rozpięta na atomach pustki. Fenomenalny geniusz Budowniczych.

…I rozpoczęła się dominacja reguły, zrodzonej z przyczyny i skutku. Algebra lirycznych związków tych ostatnich, czasami rozbudzana uderzeniami strumienia postępu powodowała niezawiniony rozłam – wyjątek. Nie stało się jednak nigdy tak, iż samoistnie reguła wybrzmiewała bez wyjątku.

A Bóg widząc, że wszystko było dobre nadał istniejącej materii i pracy Budowniczych wszechświata znaczenie sensu. Prawdopodobnie tylko ze względu na Człowieka, w pojemność którego Bóg wpisał wolność, której bezdech powodowany był jedynie brakiem obecności sensu bądź poczuciem antagonistycznej bezsensowności. I choć o samym jego zaistnieniu w czasie wiedziała tylko Miłość, stawało się jednak coraz bardziej jasne, iż odwieczny Plan TrójJedności będzie przebiegał przez Człowieka. Dlaczego?

Tak więc trwał Bóg w egzaltacji dzieła Miłości, Mądrości i Życia. Trwał ponieważ miara czasu nie nabrała wówczas jeszcze należytej formy i treści. Była po stokroć zbędna, zawadzała. Nie mogła bowiem przebiegać sama w sobie, odstawała jednoznacznie od nieskończoności, każdorazowo nieskutecznie utrwalając początek i koniec dzieł zawieszonych w przestrzeni wibrujących struktur jednoczesności. W atmosferze ustawicznie zagęszczanej i pulsującej wielowymiarowości dualizm podobieństwa i przeciwności wzmacniał odśrodkowy bieg horyzontalnych linii wszechświata. Bliskie następstwu powinowactwo wibracji i ruchu uderzało w silnie osadzoną harmonię środka jednoczesności powodując niekontrolowany rozłam. W sprężyście spójnej architekturze wieczności rezonans Bożego oddechu przejmował potęgującą się energię wyznaczając kierunki jej rozprężania. Kierunek nadawał wypadkowy pęd i strumień myśli, przeznaczenia, dotychczas znajdujących się u podstaw krawędzi odśrodkowości. I tak w przestrzeni zdeformowanych płaszczyzn utrwalony, ukierunkowany strumień ruchu materii i upływ energii Mądrość nazwała czasem. Odtąd też przyczyna i skutek zaistniały w wielopunktowej transformacji reguły na centra geometrycznej zależności zdarzeń w czasie.

I widział Bóg, że czas aczkolwiek zbędny w rozumieniu Stwórcy stanie się fundamentem tego, co nastąpi już wkrótce.

A TrójJedność Miłości, Mądrości i Życia zasilane rzeką płynącą przez Boże Serce – dojrzewały do tego by oznaczać w obserwowalnym, bezpostaciowym i od „niedawna” już wielokierunkowym przeobrażaniu wszechświata w czasie - Moment Człowieka. Ten Moment to historia dwojga ciebie, a inaczej - Boga w Człowieku i z Człowiekiem. I nie wiedząc dlaczego, od tej chwili w pejzażu wszechświata niewiędnąca Mądrość, trwające Życie i doskonała Miłość zrodziły pióropusz barw, obdarzając tymi przymiotami piękno, które bez miary, a często w nadmiarze łączyły z krystalizującą postaciowością ziemskiej areny powrotu do prapoczątku wszystkiego. Tak też zamigotała architektura wszechświata blaskiem, jasnością, ciemnością, półmrokiem, półcieniem, natężeniem, kontrastem, kolorytem, szarością i całą gamą odcieni, którym nieodłącznie, odtąd towarzyszył sens, podrygujący wespół z radością i weselem. I tak napełniało się dzieło kreacji wszechświata Obecnością, przybierając naprzemiennie, niestrudzenie, i jak najbardziej słusznie w swojej wieloznaczności, dowolności połączeń i kombinacji - znaczenie sensu.

Poruszony Bóg skierował strumień spełniającej się TrójJedności na miejsce w centrum by przywrócić mu pierwotną postać i by tam na nowo zanurzyć się w Misterium jego własnej tożsamości, narodzinach prapoczątku. I pomyśleć, że Bóg sam o tym zdecydował oddając bezwolnie siebie w ręce śmierci, która dopiero teraz miała odegrać swój własny epizod dopełniając wespół z Miłością i odkupieniem znaczenia czasu Sacrum. Jakkolwiek śmierć otrzymała wymiar profanum, tylko ona mogła przeprowadzić Boga przez przestrzeń odległości do jedności z Człowiekiem.

I tak minął poranek i wieczór dzień Piąty. I pomyślał Bóg – uczynię Człowieka na swój obraz…, na swój obraz go uczynił.

Ciężar samo-istnienia i samo-kreacji wszechświata przebiegał teraz wokół małej cząstki Bytu, która wyłoniona z pełni istnienia i Życia przybierała postaciowo-cielesną formę. Rozrastała się równomiernie, ani trochę chaotycznie, dzieląc ciągle równo na pół. Ilość podzielności byłaby niemalże nie do określenia gdyby nie fakt związku ostatniej wydzielonej części Życia z pierwszą wtrąconą w ruch cząstką materii. Nad relacją tego przekształcania czuwała Mądrość. Dowodem nieprzypadkowości było ciągle widoczne i utrwalające się podobieństwo tego, co właśnie się stawało z tym, co zawsze było. A ponieważ to następstwo stało się z reguły, i zaistniało w czasie nabierając podobnie jak wszystko znaczenia sensu, każde następne przekształcenie Nowej Cząstki Życia, Bytu, Istnienia czerpało pamięć ze źródła pamięci utkwionego w centrum Mądrości. Musiało zatem stawać się na kształt i podobieństwo.

Kiedy podzielność nabrała już wymiar gotowości, spiętrzona Mądrość, przebywająca dotychczas w stanie mocy, wyzwoliła w tym, co stawało się na kształt wszystkiego, przestrzeń miejsca przeznaczoną dla Duszy ożywianej Bożym Tchnieniem. Na drugim biegunie tejże przestrzeni doskonała Miłość, realizując odwieczną regułę podzielności wszystkiego poczęła z siebie strumień potencjalności spowijający wątki racjonalności ale tak, aby każdy z nich mógł zaistnieć nienaruszenie, rozdzielnie. A przepływowi napięcia w przestrzeni racjonalności towarzyszyły pędy różnobarwnych i różnorakich kreacji, raz po raz wzburzane energetycznymi spięciami i wyładowaniami, które Bóg nazwał Sercem. Tak wiec obok pełnej dostojeństwa racjonalności, zrodzonej z Mądrości, reguły i wyjątku, zlokalizowanych w podstaw myśli, pojawił się przeciw-biegun emocjonalności i uczucia, biorący początek z Serca. Ponieważ podzielność stawała się coraz bardziej skończona i wyraźna w sensie skończonej ilości kreacji i związków pomiędzy ostatnią i pierwszą podzielnością, Geniusz Boży przewidział dla niej osobne miejsce, które w takiej postaci Stwórca nazwał cielesnością. A ciało stało się doskonałym miejscem przebywania spełnionej podzielności, na czas podróży do prapoczątku. Z dzieła, które odnalazło swoje miejsce w czasoprzestrzeni zdarzeń, istniejących między prapoczątkiem i powrotem do prapoczątku, wespół radowała się Trójjedność i Tchnienie Boże.

….Wszechświat rozrastał się z nieskończenie wzrastającą prędkością podzielności i kreacji. W przestrzeni architektury wielowymiarowości materii Bóg wyróżnił miejsce święte, - centrum, które mieszkańcy w następstwie dziejów umownie nazwali ziemią. Strumień kreacji TrójJedności przygotował w nim podobieństwo wszystkiego na kształt tego, czym przepełniony był wszechświat. W miejscu tym zadomowił się Człowiek i zamieszkał Bóg wraz ze swoim planem przeprowadzenia Człowieka do swojej wymiarowości, jako Świadka Misterium jego prapowrotu. Jemu to przecież obiecał, poprzysiągł w momencie, w którym Człowiek zaistniał rozpoczynając wędrówkę, powołany do istnienia, a powołany raz na zawsze. A przysięgał Bóg najmocniej jak mógł, bo przysięgał na siebie.

Rozpoczęło się życie na ziemi, w miejscu styku dualizmów, przeciwieństw, dwoistości, będących zwierciadłem tego, czym kipiała architektura wszechświata, a sprowadzonych do wymiaru przejściowości, ziemskiej skończoności, jednoczasowości, i ewolucji przyjmującej znaczenie przemijania. W mozaice tego, co ziemskie wszystko, co stawało się było dziełem dobrym, lecz niedoskonałym równym mierze spełnienia, zapisane przed Czasem. Ulegało starzeniu się, pojawiało się i ustępowało miejsca temu, co nachodziło. W rzeczywistości nie-doskonałej ale dobrej przewijała się codzienność, mierzona strumieniem liczności dzieł Miłości, Mądrości, Życia, reguły, wyjątku, następstwa i czasu. O jakże ubogie jest pojęcie ‘codzienności’, jakie małe, niedoskonałe, jakie mizerne, skończone, cykliczne, smutne, i po części niewybrzmiałe. I pomyśleć tylko, że właśnie codzienność stała się wykładnikiem tej postaci rzeczywistości, takiej konfiguracji zdarzeń ziemskiego świata, w której Człowiek doświadczał wszystkiego. A doświadczał tyko ‘na kształt’ tego, co miał i tego, co było w jednoczesności Zbliżenia i obecności TrójJedności. Rzeczywistość ziemska przemija, doświadcza ciężaru upływu czasu, ulega mu, staje się tylko na tyle, na ile Mądrość, Miłość i Życie ograniczone do możliwości ludzkich zmysłów i członków są w stanie pomieścić. Stąd też musiała pojawić się tajemnica i poznanie tylko po części, niedoskonałe jedynie na tyle, na ile brakuje Człowiekowi do miary Pełni. Tajemnica była bez winy i poznanie było bez winy…i Miłość była doskonała,.. i Mądrość niewiędnąca, i wszystko co się stawało,…lecz mrok nocy i przestrzeń Nie-Obecności, dystans i oddalenie, stały się miejscem, w którym zaistniał grzech. Tak, właśnie tak. Nie mogło być inaczej, ponieważ sam dystans, sama nieobecność, brak kontaktu i łączności ze Źródłem Wszystkiego, Prapoczątku Piękna, jest już wystarczającą miarą nieszczęścia, któremu tak niedaleko, tak blisko do upadku i grzechu. A ograniczoność możliwości ludzkiego ciała, przykutego do przemijania i do spełnienia wykorzystała siła grzechu i buntu zamieszkująca ciemności. I tak, jak w doskonałej architekturze wszechświata bezkolizyjnie, w pełni zgodnie obok siebie, mogły współistnieć i potężnieć dualności, wielowymiarowość i miejsce, jednoczesność i następstwo, pełnia i pustka, wieczność i spełnienie, nieskończoność i skończoność, kreacja, inspiracja, reguła i wyjątek, czas i jego upływ, centrum i odśrodkowość, wszystko i nic, początek i koniec, tak w człowieku ta potencjalność nie jest do podźwignięcia w przestrzeni serca przywykłego akceptować grzech.

Nie do podźwignięcia było również prawo wolności, które narodziło się z doskonałości i tylko razem z nim współbrzmiało. W pojemności tego wszystkiego, czym i kim człowiek był, jawiła się przyczyna rozdzielności i dysonansu, który burzył harmonię współistnienia wolności i doskonałości. Jakkolwiek to, co otrzymał w darze na czas podróży, by było tuż obok, by go otaczało, by mu służyło, co czynił sobie poddanym, wszelka zwierzyna, ptactwo, ryby morskie, cała przyroda, były dobre, w nim samym, w ułomności jego członków, zmysłów, serca naznaczonej odległością i dystansem, zapisana była historia wyzwolenia. Równowaga polegała na tym, że w miejsce pustki i przepaści bytów, kiedyś współweselących się w Obecności TrójJedności i Tchnienia Bożego, nierozerwalnie wpisał się wątek Boga wychodzącego na spotkanie z Człowiekiem.

I nie wiadomo dlaczego Człowiek musiał podróżować przez życie podróżując przez siebie samego, ale wiadomo jednak, iż stało się to dziełem TrójJedności i Bożego Tchnienia, którym towarzyszył sens – odwieczny sens. 2)

2)

Historia wyzwolenia, powrotu do prapoczątku

Słońce tego dnia wstało nad podziw wcześnie jakby wyprzedzając bieg wydarzeń i jak mało kiedy, od samego ranka, świeciło silnie srebrzysto-złotym światłem padającym na dziedzińce Jerozolimy. Miasto przepełnione turystami przybywającymi na Święta Paschy, wrzało gwarem i ruchliwością przechodniów oglądających świecidełka i wyborne atłasy przydrożnych kupców. Raz po raz kipiący tłum przecinały zwierzęta sprowadzane, tak jak zawsze w tym czasie w alkowy Świątyni, aby mogły stać się miłą Bogu ofiarą dziękczynienia. Barany, owce, gołębie, i synogarlice każde z nich, w całej okazałości i niemalże każdej ilości, można było nabywać uiściwszy stosowną opłatę. Kupieckie skarbony nabierały po brzegi wydając z siebie coraz pełniejsze tony stukotu i brzęku monet uderzających jedna o drugą. Śmiech, gwar i jazgot mieszający się z hukiem i wrzawą unosiły się ponad dziedzińce Świątyni i w strudze słonecznego słońca kotłowały w umysłach gapiów.

Niemalże całe miasto obiegała już wieść o przybywającym do miasta Proroku. Słyszeli o nim, słyszeli o cudach, których dokonywał, słyszeli jak rozdawał chleb pięciu tysiącom mężczyzn, jak uzdrawiał chorych, wypędzał złe duchy, a nawet, że wskrzesza umarłych. Słyszeli o tym, że moc wychodziła z niego, kiedy przemawiał, i jak odpuszcza grzechy wedle wiary tego, który pragnie wyzwolenia. Niektórzy z nich wiedzieli też o tym, co głosił o Królestwie Miłości, przebaczenia, posłuszeństwa, zapierania się samego siebie i miłowania nieprzyjaciół. I nie mogli tego pojąć, tak bardzo ślepe były ich oczy, umysły zamknięte, a wizja Królestwa Bożego (ich królestwa) na ‘kształt ziarnka gorczycy’ - nie do przyjęcia. A stało się to za sprawą pisma i słowa przekazywanego w tradycji z pokolenia na pokolenie o Mesjaszu, który przyjdzie i wyzwoli ich z spod panowania ciemiężców, raz na zawsze utrwalając w granicach ich własnego państwa przymierze Góry Synaj. Nie pojmowali nauki głoszonej przez Proroka z Nazaretu i nie przeczuwali następstwa tego, co jeszcze w tym Czasie zdarzy się. Ale czy byli znów tacy winni? A może noszona w ich sercach i umysłach wiara przodków, za którą tamci oddawali swoje życie, jest wystarczającym usprawiedliwieniem ich zaślepienia?. Ci zaś, którzy usłyszeli i przyjmowali słowa głoszone przez Jezusa ulegali im, a w ich sercach dokonywała się przemiana. Ci też wyglądali triumfalnego spotkania z Miłością i Bogiem Miłującym w Świętym Czasie powrotu do prapoczątku Boga.

Słońce wzeszło już ponad wzniesienia Góry Oliwnej. Świeciło niemalże centralnie na przedmieścia Jerozolimy, topiąc w blasku swoich promieni prawie wszystko to, co pozostawało dotychczas w cieniu palmowych krzewów. Obejmowało całe ziemskie życie miasta i okolic, rozgrzewając strumienie powietrza okalającego korony drzew, w których przebywało ptactwo na czas największego upału. Na tle błękitnego nieba malowały się różnobarwne tumany kurzu i pustynnego piasku unoszonego podmuchami wiatru na kształt stróżki dymu tlącego się kadzidła. Tylko one sprawiały, że niebieskie niebo przybierało kolory żółcieni. I gdyby nie fakt Świąt, gorączkowych przygotowań do Sabatu i tej niezliczonej ilości ludzi, którzy rozbiegali się po wszystkich miejscach, gdzie jeszcze pozostała odrobina cienia, można by rzecz, iż nic nadzwyczajnego się nie działo.

….Zbliżała się godzina pojednania, w której spisany przed wiekami plan przeprowadzenia człowieka w rzeczywistość Boga, nabierał niewypowiedzianego sensu. Do tego dzieła przygotowywała się tak TrójJedność jak i Człowiek, podróżujący w czasie, przez dzieje i przez siebie do miejsca niedaleko Jerozolimy, miejsca położonego na wzgórzu, miejsca spotkania Obecności ze śmiercią, miejsca Sacrum.

A Jezus był coraz bliżej. I tak coraz bliżej siebie były TójJedność, Tchnienie Boże i Człowiek, w którym miała dokonać się transmisja spełnienia, w godzinie pojednania, na Ołtarzu Krzyża.

W ludzkich strukturach Jezusowego Serca dojrzewało pragnienie, dosięgając granic spełnienia i posłuszeństwa woli Ojca. Wiedział, że tylko on, Wysłannik Boga w świecie Człowieka może pojednać te dwie rzeczywistości przywracając im jednokierunkowość zwróconą do prapoczątku. Niósł wiec w sobie poznanie i tajemnicę, które pragnął zjednoczyć w doskonałej więzi, która była przed grzechem i śmiercią pomiędzy Obecnością i Człowiekiem. A we wszystkim, co wówczas tam było On ‘stawał się’ coraz bardziej. Był świadomy tego, że czyni to zarówno dla Człowieka jak i dla Boga.

I polecił wówczas Apostołom przygotować wieczerzę, którą chciał spożyć razem z nimi.

Zapadał wieczór. Kipiące dotychczas życiem miasto przygasało razem z zachodzącym słońcem. Spadało natężenie ruchu i zabiegania ludzi, a w to miejsce pojawiał się spokój i oczekiwanie na wieczerzę zgromadzonych wokół stołu. Wiatr zastygał, kurz opadał, a mgła osnuwała wezgłowia gór.

Tak jak wszyscy, za stołem zasiedli również Apostołowie zgromadzeni dookoła Jezusa. A Jezus spojrzał na nich wzrokiem, który przeszywał każdego z nich, w którym nie było tajemnicy i nic nie mogło się ukryć. Znał historię każdego z nich. Widział ich zanim ci jeszcze przybrali cielesną postać na czas ziemskiej podróży. Poznawał ich serca i obejmował dusze. Wszystko to niejako dokonywał w sobie. Aż wreszcie jego wzrok spoczął na Judaszu. O jakże bolesne to było odczucie; widzieć i znać w tym, który słuchał jego słów, odznaczał się gorliwości większą od innych, i żarliwością strażnika królestwa Izraela, w które wierzył tego, który zgotuje Jego Konanie.

Zapadało milczenie, a cisza wzbierała pod naciskiem przeznaczenia.

Obmył im stopy.

Na ołtarzu stołu, przy którym siedzieli, na brzmienie słów błogosławieństwa, jakie wypowiadał Jezus, uobecniała się TrójJedność. Po czym wziął w swoje ręce Chleb, błogosławił i mówił „bierzcie i jedzcie to jest bowiem Ciało moje”. Łamał i rozdawał, a każdy z nich w kawałku pszennego placka, jaki mieścił się w rozpiętości otwartych dłoni, czuł spływającą łaskę i moc. Potem podniósł kielich, wzniósłszy w niebo swoje oczy i stając się cały ofiarą w obecności Tchnienia Bożego, przemieniał wino w swoją Krew i rzekł „bierzcie i pijcie to jest bowiem Krew Moja Nowego i Wiecznego Przymierza, która za was i za wielu będzie wylana na odpuszczenie waszych grzechów”. I podał im Kielich, by zanurzali w nim Chleb, który był już jego Ciałem.

Wtedy przestała istnieć przepaść odległości między Bogiem i Człowiekiem. Zetknięte ze sobą, połączone człowieczeństwo i Obecność znalazły się w przestrzeni pojednania Jezusowego Serca, w którym odbywała się wtedy, po raz drugi, komunia Boga i Człowieka, na miarę tej, która była przed początkiem Drogi. A cisza, którą wypełniała Pełnia Obecności i komunii stawała się napełnionym mocą preludium zapowiadającym ostateczność Krzyża.

Ciekawe, jak wówczas czuł się Judasz….który uciekł.

A w Niebiosach rwały potoki dźwięku trąb zwiastujących bliskość prapoczątku, podczas gdy na ziemi, w Wieczerniku nie było już nikogo.

Po wieczerzy Jezus wraz z uczniami udał się na miejsce zaciszne, aby się modlić. Udał się do ogrodów Getsemani by tam przedstawić Bogu swoją prośbę.

…Zapadła noc. W oliwkowych koronach drzew huczał strumień wiejącego wiatru. Mgła snuła się po wezgłowiach pagórków, otaczając srebrnym szalem klęczącego Jezusa. Drżące liście zdradzały pozorny tylko spokój.

Zanurzał się w Bogu. Z każdą chwilą jego ludzkie ciało, coraz mniej obecne, zdawało się wyznaczać barierę doskonałej więzi z Ojcem. Z czoła sączył się pot, a łzy jedna za drugą spływały po bruzdach delikatnej twarzy zraszając wysuszaną dziennym słońcem ziemię. I wtedy skonfrontował się ze swoim człowieczeństwem, które niejako oddzielone od boskości płakało. Płakało bardzo boleśnie niemalże do krwi obawiając się Krzyża. Drżało przed jego ciężarem, który będzie musiało podjąć, drżało przed uderzeniami młota krzyżującego jego członki i przed biczowaniem wyrywającym jego kawałki. Trwożył je widok krwi rozlewanej w obfitości wokół słupa biczowania, przerażała myśl konfrontacji z Człowiekiem, który wzgardził tym, co było dla niego najlepsze.

O poranku zaprowadzili Jezusa przed Piłata. Sanhedryn już wydał na niego wyrok skazujący na śmierć. Wydał go zanim jeszcze zechcieli go wysłuchać, wydał go przed Czasem. Pozostał jeszcze Piłat, rzymski namiestnik, poszukujący spokoju i wiernie służący swojemu brzuchowi. Lecz i ten wszystko, na co się zdobył i czym się zapisał w Historii Zbawienia, to chyba to jego ‘pseudo marzenie’ o poznaniu prawdy. To nic, to tylko jeden człowiek, może niewłaściwy, źle wybrany. Nie, nie tam był cały tłum jemu podobnych, cała masa wrzeszczącego grzechu, sług śmierci. Było ich więcej niż mogło podźwignąć zmęczone już Serce Zbawiciela. O jakiż ból przeżywa się wtedy, kiedy idzie się na śmierć za sługi gorsze od tych z kamienia. O jakże boli wówczas, kiedy krzyżuje się Miłość.

A miejsce spotkania z Ojcem było już widać. Wyglądało zza murów, piękniejąc w blasku słońca. Golgota była już w zasięgu ludzkich sił i ludzkiego wzroku, w zasięgu marzeń o wolności, w zasięgu tęsknoty za domem, za powrotem, za odpoczynkiem po podróży. Jeszcze tylko dystans śmierci i przemiany. Wstańmy i chodźmy…Chodźcie….!!

Rozpoczęła się droga jednego Człowieka. Była to droga, którą jednak musiał przejść sam. Oprócz tych, którzy zawsze go kochali (Jego Matki i kilku bliskich osób) nie pozostał nikt, kto chciałby mu pomóc nikt, kto współczułby mu naprawę nikt, kto by przestał wierzyć temu, na co spoglądają oczy – niemalże doszczętnie ziszczonemu człowiekowi, w którym ukrywało się Bóstwo. A on prawie nic nie powiedział, w milczeniu znosząc bliskie już spełnienie Tajemnicy Odkupienia. Tak, przeciwwagą dla obojętności Człowieka stało się uwielbienie woli Ojca, z którym jedno był.

Kilka razy upadł. W ciało wrzynały się wyostrzone kamienie, które na nowo rozdzierały bruzdy ran pełnych słabo zakrzepłej krwi. Pył, który mieszał się z jego potem nabierał mocy uzdrawiania i oczyszczania, ale nikt po niego nie sięgał. Od czasu do czasu słychać było tylko tępy łomot krzyżowej belki upadającej wprost na jego głowę, wgniataną w piasek. Patrz konfrontacja Najwyższego z prochem ziemi. Ależ on miłował, ależ on musiał kochać, ależ on musiał wiedzieć, widzieć dalej, poza Ciebie, szerzej, pełniej żeby dostrzegać w tym wszystkim sens.

A krzyż, który odbierał jego tchnienie, z kawałków odpadającego ciała, kropli potu i krwi budował pomost dla uobecniającej się jednoczesności, w której Ojciec oczekiwał na Syna.

i nadszedł wreszcie Moment Misterium Prapoczątku, w którym zanurzyła się TrójJedność i Tchnienie Boże. Na Ołtarzu Krzyża ofiarująca się Miłość, w obecności Mądrości przelewała szalę zdrojów Życia. Rozlewała w obfitości na każdego, kto stał pod Krzyżem, na każdego, kto patrzył na Krzyż, kto go wspominał, miłował i uwielbiał, kiedykolwiek by był. Tyle wystarczało – jedno spojrzenie na Jezusa tam, jedno zdanie ‘wspomnij na mnie, kiedy będziesz w swoim Królestwie”, jedno przyznanie się do więzi z Nim, jeden przejaw miłości, skruchy. I wtedy wszystko, co było dotychczas, przestawało się liczyć. Nie istniało, ulegało miażdżącej, odkupieńczej Miłości Boga, który pragnąc powrotu Człowieka zrobił wszystko, bez reszty. Przeżył w pełni śmierć samego siebie, umieszczając na centralnym miejscu Ołtarza – Człowieka, którego umiłował, i z którym jedno był.

A w Niebiosach łączyły się momenty dotąd rozdzielone Słowem w jedność i jednoczesność, przywracając wszechświatu jego pierwotne znaczenie. I wszystko stawało się tak jak za pierwszym razem, kiedy piękno uwydatniało się z każdą Twoją myślą coraz bardziej.

...Zapadałem zachęcany głębią postępującej fascynacji…wchłaniała mnie Twoja Obecność.

Niech to opowiadanie dołączy do najszczerszych życzeń przeżycia nadchodzących Świąt Paschalnej Ofiary w jedności, jednoczesności i obecności z Bogiem dokonującym wszystkiego od nowa. To jest ten Czas, twój Czas, w którym wszystko przygotowano właśnie dla Ciebie.

Z pozdrowieniami….

Michał Kopacz

Myśli różne...

 

"

zobowiązanie = zaangażowanie ...

Dopóki człowiek nie podejmie zobowiązania, wciąż jest miejsce na wahania, wciąż istnieje szansa wycofania się i stale brakuje skuteczności. We wszystkich aktach inicjatywy (i tworzenia) ma zastosowanie jedna podstawowa prawda, której nieznajomość zabija mnóstwo pomysłów i najwspanialszych planów: z chwilą gdy człowiek podejmie zobowiązanie, wtedy i Opatrzność rusza do dzieła. Zaczynają się dziać najróżniejsze rzeczy, które w przeciwnym wypadku nigdy by się nie zdarzyły. Moment decyzji zapoczątkowuje cały łańcuch sprzyjających zdarzeń - najrozmaitsze nieprzewidziane wypadki, niespodziewane spotkania i pomoc materialna, o jakich nikt nie mógł nawet śnić. Nauczyłem się głębokiego respektu dla jednego z powiedzeń Goethego: Jeśli jest coś, co możesz zrobić, albo ci się śni, że możesz, zacznij to robić. W śmiałości tkwi geniusz, potęga i magia.

W.H. Murray

"

 

"

jesteś tu po coś ...

Każda osoba przychodzi na ten świat ze szczególnym przeznaczeniem - ma coś do wypełnienia, jakiś przekaz do dostarczenia, jakąś pracę do wykonania. Nie jesteś tu przypadkowo - jesteś pełen znaczenia. Za Twoim istnieniem stoi cel. Całość zamierza zrobić coś poprzez Ciebie

Osho

"

 

"

wątpliwości...

...miałam skłonność do zamazywania oczywistości, podawania w wątpliwość niezbitych argumentów – to był nawyk, perwersyjna joga mózgu, subtelna przyjemność doznawania wewnętrznego ruchu. Podejrzliwe oglądanie każdego sądu, smakowanie go pod językiem i w końcu spodziewane odkrycie, że żaden nie jest prawdziwy, tylko fałszywy, a jego marka sfabrykowana. Nie chciałam mieć stałych poglądów, byłyby niepotrzebnym bagażem...

Olga Tokarczuk

"

 

"

słowa które wypowiadasz...

„...zdrowa mowa jest jak lutnia o dobrze nastrojonych strunach - wyzbyta wszelkich fałszywych tonów. Jest taka, kiedy posługujemy się nią spokojnie. Nie oznacza to gorączkowego kontrolowania się, bycia wobec siebie surowym czy ciągłego starania się, aby nie powiedzieć czegoś niewłaściwego. Oznacza jedynie to, że nasza mowa jest prosta i zdyscyplinowana. Nie paplamy nerwowo tylko dlatego, że wszyscy zamilkli, a my czujemy się tym zakłopotani. Nie kraczemy też jak wrony. Wszystko już przecież słyszeliśmy - bywaliśmy obrażani, bywaliśmy też chwaleni. Bywaliśmy w sytuacjach, gdy wszyscy się na nas wściekali, i w sytuacjach, gdy wszyscy byli spokojni. Czujemy się w świecie jak we własnym domu, bo zaprzyjaźniliśmy się ze sobą i nie odczuwamy potrzeby bezustannego gadania. Nasza mowa jest powściągliwa i sensowna - kiedy rozmawiamy, naprawdę się komunikujemy...”

Pema Cziedryn

"